Poszedłem do łazienki, żeby się umyć. Z telefonu, który leżał na pralce, dobiegł głos z YouTube'a. Jakiś vloger remontowy mówił: „…i tak, ludzie, czasem trzeba zaryzykować. Ja np. ostatnio, zamiast kupować nowe wiertło, skorzystałem z
vavada bonus na start w tej ichnej platformie, pograłem w 'Firestorm' – grę o pożarach, heh – i wygrałem akurat tyle, co kosztowało nowe wiertło kolumnowe.”
Vavada bonus. „O pożarach”. Ironia była tak gruba, że aż śmieszna. Ja, kominiarz, który walczy z ogniem i sadzą, miałbym grać w grę o pożarach? To brzmiało jak zły żart. Ale to słowo „bonus” utkwiło mi w głowie. Bonus. Dodatek. Coś ekstra. Mój życia potrzebowało czegoś ekstra desperacko.
Tej samej nocy, gdy Kasia zasnęła, usiadłem w kuchni z herbatą. Zarejestrowałem się. Faktycznie, dostałem vavada bonus na start – darmowe spiny i dopłatę do pierwszej wpłaty. Wpłaciłem 150 złotych – tyle, co dobry zestaw szczotek kominiarskich. Mój limit. Wybrałem tę grę, „Firestorm”. Grafika pokazywała płonące miasto, a gracz musiał „gaszić” pożary, zatrzymując odpowiednie symbole. To była perwersja. Moja codzienna praca, przerobiona na rozrywkę. Grałem najmniejszymi stawkami. 2 złote za spin. Patrzyłem, jak wirują płomienie, hydranty, hełmy strażackie. To był mój wewnętrzny bunt.